Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2012

Makaron przedświąteczny w kolorach adekwatnych

- Szpieguuu, nie mamy obiadu.
- No nie mamy.
- To co? Ja jeszcze muszę ciasto upiec dziś!
- To może coś szybkiego? Makaron jakiś?
Z głębin lodówki:
- O, została jeszcze grillowana papryka w słoiku. To ja już wiem.

Poniższy przepis pochodzi z książki Kuchnia Nigelli Lawson.

Makaron w kolorach świątecznych
dla dwóch osób

łyżka oliwy czosnkowej
150 g boczku (oryginalnie pancetta oczywiście)
mały pęczek pietruszki
sok i skórka z jednej cytryny
1/2 łyżeczki chilli w płatkach (u mnie jeszcze plus dwie łyżki oliwy z chilli)
pół słoika grillowanej papryki (koło 170-190 g)
250 g makaronu spaghetti lub innego
sól, pieprz do smaku

Wstawiamy wodę na makaron.
W dużym rondlu (takim, żeby nam się potem makaron zmieścił) rozgrzewamy oliwę czosnkową i wrzucamy pokrojony w kostkę boczek. Smażymy aż zacznie się rumienić, wtedy dorzucamy pół pęczka posiekanej pietruszki, sok i skórkę z cytryny, dwie łyżki wody oraz chilli. Niech się minutę pogotuje. Odławiamy paprykę z oleju, kroimy na kawałki wielkości kęsa, dorzucamy do sosu, mieszamy i gotujemy 5 minut. Przykrywamy i odstawiamy. Gotujemy makaron wg instrukcji na opakowaniu, odcedzamy i wrzucamy do rondla z sosem. Mieszamy dokładnie, wrzucamy resztę pietruszki, wykładamy na talerze.

Smacznego i najlepszego na Ścięta. Jakichkolwiek byście nie obchodzili.





niedziela, 17 czerwca 2012

Makaron pachnący latem

Gorąco dzisiaj. Temperatura w granicach 28-30 st. C nie jest tym, co lubię najbardziej. Zwykle nic mi się wtedy nie chce robić, mogę tylko leżeć, drzemać i dostarczać organizmowi płyny. Dzisiaj jednak perspektywa pojechania na najlepsze lody w Łodzi zwlekła nas z kanapy, wsadziła na rowery i zawiozła na Złotno (jakby się kto pytał, najlepsze lody w Łodzi są w budce przy ulicy Fizylierów 6  - albo, jak mówią moi rodzice - przy starej krańcówce na Złotnie). Lody były pyszne, ale pedałowanie przez 19 km sprawiło, że jednak jakiś obiad by się przydał. Więc na szybko, letnio i orzeźwiająco - makaron z cytryną i bazylią. Pachnący latem. Inspirowany przepisem Jamiego Oliviera z 30 minut w kuchni.

Makaron pachnący latem
dla dwóch osób

200 g makaronu tagiatelle
jedna cytryna
jedno żółtko z jajka od szczęśliwej kury
garść świeżej bazylii
80 g sera - w oryginale parmezanu oczywiście, u mnie grand radamer
oliwa extra vergine
sól, pieprz

Jak to mówi Chimek, woda na makaron nam się gdzieś tam gotuje w tle ;)
Do miski wbijamy żółtko (białko można w torebeczkę foliową i zamrozić). Na drobnej tarce ścieramy ser i dosypujemy do żółtka (trochę zostawiamy do posypania na końcu). Dolewamy 2-3 łyżki oliwy. Cytrynę wyparzamy, ścieramy na drobnej tarce całą skórkę i wyciskamy sok. Wsypujemy do jajka i sera. Bazylię dzielimy na pół, jedną część grubo kroimy, drugą ucieramy w moździerzu na pastę (jak ktoś nie ma moździerza, jak ja, niech tę drugą część po prostu bardzo-bardzo-bardzo drobno pokroi). Dodajemy do miseczki z resztą składników. Solimy, pieprzymy.
Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Jak jest gotowy, odlewamy chochelkę wody z gotowania, resztę przecedzamy i wrzucamy z powrotem do garnka. Dodajemy sos, podlewamy nieco wodą po makaronie, jak się robi za gęsty, próbujemy, dosmaczamy jakby nam się wydał za cytrynowy i serwujemy od razu. No, może robimy przerwę na zrobienie zdjęcia ;)

Smacznego.



wtorek, 24 kwietnia 2012

Lazania idealna

Lazania jest zdradliwa. Niby prosta, niby banalna, ale za pierwszymi paroma razami wychodzi nie tak. Albo się przypieka od dołu, albo nie dopieka z góry, albo na makaronie można zęby połamać. Wymaga cierpliwości, ta lazania. Oraz paru tricków, które sprawiają, że moja wersja doczekała się strony fanowskiej na fb. Ale po kolei - co trzeba zrobić, by uzyskać lazanię idealną? Po pierwsze trzeba mieć czas. Po drugie, nie należy się bać. Mówię z doświadczenia - jak się człowiek boi zrobić jakieś danie, to na bank mu nie wyjdzie. Ja tak mam z babkami na święto wiosenne - zawsze mi wychodzi zakalec, albo się cholera rozsypuje po wyjęciu z formy, albo co tam jeszcze. Więc - bez strachu. To tylko mięso, pomidorowy sos i makaron. Nic strasznego. 
Po trzecie - trzeba znać kilka tricków. A tymi właśnie zamierzam się z Wami podzielić. Tylko bardzo proszę - trzymajcie się przepisu. Jak napisane, że masło, to masło, nie margaryna. Jak mięso mielone mieszane, to mieszane (po przepisie jeszcze przypis do tego). Łapiecie regułę? To do roboty.

Lazania idealna klasyczna
dla czterech osób

500 g mięsa  mielonego wieprzowo-wołowego
jedna porcja sosu pomidorowego
olej
sól, pieprz

suchy makaron na lazanię

pół litra zimnego (z lodówki) mleka
25 g masła
2 czubate łyżki mąki
sól, pieprz, świeżo starta gałka muszkatałowa
2 łyżki sosu pomidorowego (tego, co wyżej)

świeżo starty żółty ser (dowolny)

hadrware - naczynie żaroodporne, garnek lub rondel z grubym dnem do beszamelu (najlepiej garnek z dzióbkiem)
przydatne akcesoria - szczypce kuchenne, trzepaczka (miotła, albo płaska)

Sekret w szybkim robieniu lazanii jest taki, że robisz wszystko jednocześnie, zajmując całą kuchenkę garnkami. Jak nie czujesz się na siłach, by uskuteczniać kuchenny multitasking, rób sobie po kolei, w kolejności, którą podałam.
Zapełnij duży garnek w 2/3 wodą i postaw na ogniu. Niech się gotuje.
Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy mięso, podsmażamy mieszając, by się nie przypaliło. Odlewamy wodę, jeśli jakaś się z mięsa wytrąciła (zasada jest prosta - im lepszej jakości mięso, tym mniej wody). Z sosu pomidorowego odlewamy dwie łyżki do szklanki/miseczki/czegokolwiek. Solimy i pieprzymy mięso, wlewamy pozostały sos pomidorowy, zostawiamy na małym ogniu. Szykujemy naczynie żaroodporne, ścieramy ser na tarce o drobnych oczkach.
Na małym gazie stawiamy garnek, wrzucamy weń masło. Jak się roztopi, dodajemy mąkę i chwilę mieszamy trzepaczką, aż zrobi nam się jasna zasmażka.  Powoli wlewamy zimne mleko (na początku zacznie nam się zbijać w ciasto, ale spokojnie, to faza przejściowa), cały czas mieszając trzepaczką. Mieszamy do skutku - to znaczy do momentu, aż zacznie nam beszamel gęstnieć. Kiedy będzie miał konsystencję gęstej śmietany, wyłączamy pod nim gaz i doprawiamy solą, pieprzem, gałką (tu ostrożnie) i dodajemy te pozostałe dwie łyżki sosu pomidorowego.
W przypadku multitaskingu mamy teraz zajęte trzy palniki - na jednym powoli bulgoce mięso, na drugim woda w dużym garze dochodzi do wrzenia, na trzecim robimy beszamel. Na czwarty palnik (niezapalony oczywiście) kładziemy naczynie żaroodporne, na dno którego wlewamy tak z pół łyżki wazowej beszamelu i rozprowadzamy go równomiernie.
Wyłączamy gaz pod mięsem.
Teraz przyszedł czas na makaron - tak, niestety, w przypadku suchego, nie świeżego, ciasta makaronowego, trzeba je podgotować. No nie ma innego wyjścia. Wierzcie mi, próbowałam. Dobra wiadomość jest taka, że wrzucamy makaron na dosłownie minutę, ma tylko stracić sztywność. Bardzo przydają się szczypce kuchenne do odławiania go z wody. To jedziemy:
Do gotującej się wody wsypujemy łyżeczkę soli i dajemy spory chlust oleju. Wrzucamy tyle płatów makaronu, ile na sucho mieści się na dnie naszego naczynia (u mnie trzy). Gotujemy chwilę, odławiamy, układamy na dnie naczynia. Wrzucamy następną porcję makaronu do wody, a na makaron w naczyniu wykładamy połowę mięsa z sosem pomidorowym, polewamy nieco beszamelem, posypujemy cienką warstwą sera. Odławiamy następne płaty makaronu, układamy na mięsie. Wrzucamy "wierzchnie" płaty makaronu do wody, w naczyniu układamy pozostałe mięso, polewamy beszamelem, posypujemy serem. Powinna nam zostać połowa beszamelu i tak 2/3 sera na koniec. Po podgotowaniu ostatniej warstwy makaronu i ułożeniu jej na mięsie, całość polewamy dokładnie pozostałym beszamelem i posypujemy serem. Dokładnie, to znaczy - należy całość wręcz utopić w beszamelu. To jeden z warunków koniecznych idealnej lazanii. Na wierzchu możemy położyć świeże listki bazylii. Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 st. na 40 minut. Jeżeli zrobiliście wszystko jak trzeba, podgotowaliście makaron i utopiliście lazanię w beszamelu (ani kawałek makaronu ma nie wystawać!), to powinniście uzyskać danie rozpływające się w ustach. Smacznego :)


A teraz, jakby nie było dość mojej pisaniny, parę uwag. 

1. Można lazanię zrobić z dowolnego rodzaju mięsa mielonego (samo wieprzowe lub wołowe, z indyka, mieszane), ale z mojego doświadczenia wynika, że najlepsza wychodzi z dobrej jakości mięsa mieszanego. Można też go wziąć trochę więcej - koło 700-750 gram, zamiast 500. Może być Wam wtedy potrzebne więcej beszamelu - powiedzmy z 3/4 litra mleka, 35 g masła i trzech łyżek mąki. Jak jest więcej mięsa, wykarmicie po prostu więcej osób ;)

2. Beszamel zdjęty z ognia trzeba od czasu do czasu zamieszać, żeby się nie zrobił kożuch.

3. Ważny jest sos pomidorowy. Jak każde danie, które nie ma wielu składników, ważna jest ich jakość. Nic nie zastąpi domowego sosu pomidorowego. Będę się przy tym upierać.

4. Gotowej lazanii nie trzeba od razu wstawiać do piekarnika. Wystudzona spokojnie wytrzyma w lodówce dobę, ale nie zdziwcie się, jak się zapadnie pośrodku. 

5. Przepraszam, że nie ma zdjęcia. Za szybko zjedliśmy :D

Dziękuję tym, którzy dotrwali do końca notki ;)

niedziela, 15 kwietnia 2012

Sałatka bez kompleksów

Przychodzi taki dzień, a zwykle przychodzi on po jakimś długim weekendzie z obżarstwem w gronie rodziny jako główną atrakcją (czyli w 90% w święto chrześcijańskie), gdy trzeba zrobić sprzątanie lodówki, bo te produkty, które Pani Matka zapakowała nam w ramach wałówki, zaczynają kończyć żywot. I tak w ramach wyżerania resztek dzisiaj popełniłam bezkompleksową sałatkę. Najadł się nią T., który dzisiaj przejechał na rowerze 65 km, więc zapewniam - jest sycąca, choć może nie wygląda ;)

Sałatka bez kompleksów aka sprzątanie lodówki
dla dwóch osób

paczka gotowej mieszanki sałat (dowolna, u mnie z sałatą lodową, cykorią i marchewką)
pół żółtej (lub dowolnej innej) papryki
po garści winogron per capita

pierś z kurczaka
szklanka maślanki
jajko
bułka tarta
sól, pieprz, zioła prowansalskie
olej do smażenia

łyżka soku z cytryny
chlust oliwy z oliwek
łyżeczka musztardy francuskiej (as in z całymi ziarnami gorczycy)


Wpierw pierś z kurczaka  myjemy, obkrawamy, kroimy w zgrabne 'nuggetsy', wkładamy do głębokiego talerza i zalewamy maślanką i zostawiamy, żeby się przymarynowało przez jakieś 2 godziny. 
Gdy nadchodzi czas obiadu kroimy paprykę w kostkę, na talerzach rozkładamy sałatę (ile kto chce), posypujemy papryką i winogronami i przystępujemy do smażenia kurczaka. W tym celu należy w sposób prosty (a może i prostacki), w jednym talerzu głębokim rozbełtać jajko, w drugim wymieszać z bułką tartą sól, pieprz i zioła prowansalskie, potem odłowić kurczaka z maślanki, obtoczyć w bułce, umaczać w jajku, obtoczyć w bułce i smażyć na złoty kolor na dość sporej ilości oleju. W idealnym świecie po usmażeniu odsączyć na ręcznikach papierowych (u mnie akurat się skończyły ;)), rozłożyć na sałacie i polać dressingiem, czyli zmieszanymi, nie wstrząśniętymi oliwą, sokiem z cytryny i musztardą. Jeść, bo szybko stygnie. Smacznego :)


poniedziałek, 26 marca 2012

Sałatka z ładunkiem wybuchowym

No tak, przyszła wiosna, człowiek chce się ładniej ubierać, więc wypadałoby zrzucić zimowe co nieco z bioder i takich innych. Więc znowu jesteśmy na niby-diecie. Dieta ta jest "niby", gdyż polega przede wszystkim na wyeliminowaniu białego pieczywa, kasz, makaronu i ryżu - czyli zwyczajowych podejrzanych, ale jednocześnie gorzkiej herbaty pić nie będziemy ;-) Ograniczamy też słodycze i śmieciowe jedzenie, a przynajmniej się staramy. Dlatego dzisiaj na obiad sałatka z wędzonym kurczakiem i pestkami wybuchowego owocu, czyli granatu. Dobra i sycąca. Zainspirowana przepisem znalezionym na portalu ugotuj.to (oczywiście dokładnego linka nie mam, bo nie pamiętam, jak znalazłam i robiłam z pamięci ^^').


Sałatka z ładunkiem wybuchowym
dla dwóch osób na obiad

ćwiartka wędzonego kurczaka
pół główki sałaty lodowej
pół pęczka koperku
2 mandarynki
pół owocu granatu

trzy łyżki jogurtu naturalnego
łyżka majonezu
sok wyciśnięty z połowy pomarańczy
słodka papryka w proszku

Sałatkę przygotowujemy tuż przed podaniem, nie powinna czekać. Sałatę kroimy (lub rwiemy) na kawałki wielkości kęsa. Kurczaka rwiemy na takież kawałki. Siekamy koperek, posypujemy nim sałatę, potem na to rozrzucamy kurczaka, kawałki mandarynki i pestki granatu (czyli przekrawamy owoc na pół, trzymamy nad talerzem i bijemy drewnianą łyżką - deszcz pestek gwarantowany). Mieszamy składniki sosu, polewamy nim sałatkę, jemy. Smacznego :)


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Brokułkowa dla płaza

W weekend byliśmy we Wro u Płaza. Płazy nie lubieją gotować, więc gotowałam ja, brokułkową*, a jakże. A ponieważ płazy niekoniecznie mogą jadać wysoki IG, brokułkowa została dostosowana. Przepis ku pamięci. Płaza, i nie tylko.


Płazia brokułkowa o obniżonym IG

cebula
trzy ząbki czosnku (lub więcej)
olej
dwie pietruszki
seler
brokułek
trochę ponad litr wrzątku
kwaśna śmietana
sól (sporo), pieprz, ewentualnie jakaś wegeta czy inny kucharek

Cebulę pokroić, czosnek takoż, wrzucić na olej wlany do gara, posolić, włączyć gaz. Obrać i pokroić pietruszkę i selera, pokroić w kostkę, dorzucić do cebuli, wlać dwie łyżki wody, poddusić 10 minut. Umyć i podzielić na różyczki brokułka (bez łodygi). Zalać warzywa litrem wrzątku, dodać brokułki, gotować do miękkości. Zupę chwilę przestudzić, zmiksować, dolać pół kubeczka kwaśnej (!) śmietany. Zupa jest słodka w smaku, więc należy potem doprawić po swojemu, by zrównoważyć tę słodkość.

*Tak, właśnie, brokułkową, nie brokułową. Kto wie, ten wie. Ten jeden deminutiv musicie przeżyć, przykro mi, tylko że wcale nie.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Obiad niedzielny kreatywny

Lubię gotować z przepisów. There, I said it. Gotowanie z książek albo "z netu" sprawia, że czuję się bezpiecznie, ale jednocześnie nie stawia mnie w szeregu odkrywców nowych smaków, ĘĄ domowych kucharzy, którzy usiłują we własnej kuchni stworzyć coś nowego. Ja po prostu lubię gotować smacznie, a jeżeli będzie to wymagało ode mnie przeczytania fafnastu przepisów na to samo, by wykombinować, jak JA chcę coś zrobić - to w porządku. Godzę się na to, ale jednocześnie jestem zachowawcza. W końcu chodzi o to, by było smacznie. Nie przekraczam rubieży, nie wymyślam autorskich przepisów - kombinuję. 

Wczoraj był właśnie taki kombinowany obiad: kurczak z nadzieniem pomidorowo-śmietankowym jest pamiątką z czasów, gdy byłam na lekkostrawnej diecie - tym razem jednak nie gotowany w warstwach folii, ale pieczony. Sałata jest ukłonem w stronę knajpy Zaraz Wracam, którą uwielbiam, a ich sos do sałaty jest dla mnie niedoścignionym wzorem. Kasza jest kreatywnym podejściem do "przydałby się jakiś dodatek". Zdjęcie jest tylko jedno, bo znowu miałam gościa, a głupio mi latać z aparatem, gdy ludzie chcą jeść. Poza tym światło zimowe jest absolutnie fatalne - a obiecałam sobie nie robić jedzeniu zdjęć nieapetycznych.


Kurczak z kremem pomidorowym
dla czterech osób

cztery piersi z kurczaka
pół słoika suszonych pomidorów w oleju
małe opakowanie kremowego serka śmietankowego (125 g)
parę listków bazylii 
słodka papryka
oliwa czosnkowa + zwykła (lub zwykła plus ze dwa-trzy wyciśnięte ząbki czosnku)
czerwona papryka w proszku
sól, pieprz

Włączamy piekarnik na 200 st, niech się grzeje.
Piersi kurczaka myjemy i rozbijamy na dość cienkie kotlety - uwaga, żeby się nie porwały. Nadzienie do kurczaka można zrobić dwojako: albo posiekać suszone pomidory i wymieszać je z serkiem, albo wrzuć jedno i drugie do malaksera i pulsacyjnie zmiksować, aż powstanie pomidorowy serek. Doprawić solą i pieprzem, wmieszać porwane listki bazylii (ilość dowolna - do smaku). Na rozpłaszczonym filecie rozsmarować koło łyżki kremu i zawinąć roladkę, spiąć wykałaczką. Roladki potem układamy w naczyniu żaroodpornym, posypujemy solą, pieprzem, słodką papryką i polewamy oliwą czosnkową. Przykrywamy naczynie pokrywką lub folią aluminiową i wkładamy na 30-40 minut do piekarnika. Podajemy z  "zieloną" kaszą jęczmienną i sałatą.


"Zielona" kasza jęczmienna

dwie torebki kaszy jęczmiennej, ugotowane
mały por - łącznie z bladozielonymi częściami
cebulka dymka
pół zielonej papryki
łyżka masła
oliwa
sól
Gotujemy kaszę wg przepisu na opakowaniu. W tym czasie na patelni rozpuszczamy masło i podduszamy posiekane w kostkę, posolone warzywa. Ugotowaną kaszę odcedzamy i przesypujemy z torebek do ciepłego jeszcze garnka. Dodajemy warzywa z patelni, dolewamy jeszcze parę łyżek oliwy, mieszamy. Próbujemy, ewentualnie doprawiamy do smaku. 


Sałata ze słodkim winegretem i nasionami

pół główki sałaty lodowej (lub innej)
garść łuskanego słonecznika
garść orzechów włoskich, posiekanych

1/4 szklanki oliwy cytrynowej (lub oliwa plus trzy łyżki soku z cytryny)
łyżka miodu
łyżeczka musztardy
sól, pieprz do smaku

Sałatę lodową rwiemy lub siekamy na kawałeczki wielkości kęsa. Słonecznik prażymy na suchej patelni, przesypujemy do miseczki, to samo robimy z orzechami. Mieszamy sos - najwygodniej będzie to zrobić w zakręcanym słoiku - i przelewamy do miseczki. Oczywiście możecie od razu sałatę posypać ziarnami i polać sosem, ale ja wolę, by jedzący mogli sobie dowolnie skomponować swoją wersję na talerzu. Są ludzie, którzy nie lubię orzechów na przykład (tak, to ja ;)). Sos może się rozwarstwić, gdy tak sobie czeka na polanie sałaty - trzeba go po prostu zamieszać z powrotem.

Smacznego.

wtorek, 22 listopada 2011

Kurczak w cieście Jamiego i nowe nabytki

Dzisiejsze gotowanie było pretekstem do przetestowania nowych mieszkańców mojej kuchni, czyli robota kuchennego Philipsa i głębokiego rondla z Ikea 365+, które zostały przez nas przygarnięte w sobotę.

Muszę powiedzieć, że z obu zakupów jestem baaardzo zadowolona, chociaż malakser odmówił miksowania pieczarek i dymek na raz, trza było na dwie raty. Ale przeżyję, bo w końcu nie muszę siekać. :D Przepisem inauguracyjnym był kurczak w cieście wg Jamiego Oliviera z jego książki "30 minut w kuchni", o której  pisałam na fan page'u bloga na Facebooku. Muszę się przy tym przynać bez bicia, że propozycja Autora by jako dodatki podać marchewkę i groszek nie spotkała się u nas z entuzjazem, gdyż ja nienawidzę gotowanej marchewki (traumusia z dzieciństwa), a Teżet nie przepada za groszkiem.  Zatem jako dodatek była surówka Coleslaw kupiona w sklepie, o. Żadnych kompleksów.

Kurczak w cieście Jamiego
dla czterech osób

4 filety z kurczaka (mniej więcej 800 g wszystkiego)
kawałek masła i oliwa
150 g pieczarek
pęczek dymki
2 łyżeczki musztardy angielskiej (dałam sarepską)
1 łyżka kwaśnej śmietany
300 ml bulionu z kurczaka (u mnie z kostki)
łyżka mąki
kilka gałązek świeżego tymianku (u mnie łyżeczka ziół prowansalskich i jedna gałązka tymianku)
gałka muszkatałowa do starcia
sól, pieprz
arkusz ciasta francuskiego
jajko

Piekarnik włączamy na 220 st, niech się grzeje, dużą i głęboką patelnię stawiamy na gazie. Kroimy kurczaka w paski grubości 1 cm, na gorącą patelnię wlewamy nieco oliwy, wrzucamy kawałek masła i kurczaka, niech się podsmaża. Płuczemy pieczarki, odcinamy dymki (ja zostawiłam cebulki i około 5 cm szczypiorku, co dało fajny kolor) i wrzucamy je do malaksera i siekamy drobno albo grubiej, jak chcemy. Mieszaninę tę wrzucamy do kurczaka, dodajmy czubatą łyżkę mąki, dwie łyżeczki musztardy, śmietanę, mieszamy i wlewamy bulion. Doprawiamy gałką muszkatałową, listkami tymianku lub innymi ziołami, solą i dość hojnie pieprzem. Mieszamy dokładnie i niech się bulgocze jakieś 5-10 minut. Rozwijamy ciasto francuskie, nacinamy je lekko w kratkę - ciasto ma być nieco większe niż wasze naczynie do zapiekania. Do naczynia żaroodpornego przelewamy zawartość patelni, przykrywamy ciastem, a to co wystaje upychamy przy bokach naczynia. Smarujemy rozmąconym jajkiem i wkładamy do piekarnika na 15 minut - albo aż się ciasto zrumieni.
Smacznego.




czwartek, 10 listopada 2011

Spaghetti a la carbonara i bolące zęby

Paskudnie boli mnie szczęka po wczorajszej wizycie u dentysty zakończonej resekcją ósemki, więc nie bardzo mam chęci i ochotę na gotowanie czegokolwiek. Dlatego dzisiaj na obiad będzie spaghetti a la carbonara, ze sprawdzonego, ascetycznego i pysznego przepisu - gdyż właśnie nie wymaga długich przygotowań ani większej refleksji.

Moim zdaniem istotą włoskiej kuchni jest właśnie prostota i podstawowe składniki jak najlepszej jakości. W Sieci jest mnóstwo przepisów na spaghetti carbonara - czas, bym dorzuciła swój.

Spaghetti a la carbonara my way
porcja dla dwóch osób

250 g makaronu spaghetti (pół paczki)
100 g boczku wędzonego pokrojonego w słupki  albo, oczywiście, włoskiego boczku pancetta - ale go ciężko dostać
2 żółtka z jajek od szczęśliwych kur - tutaj jest to ważne, bo jajko jest tylko trochę podgrzane
chlust śmietanki 30%
garść drobno startego twardego sera - optymalnie parmezan - ale jak parmezan, to parmezan, tanie zamienniki są ohydne
sól, pieprz
natka pietruszki do posypania (wg gustu)

Całość dania robi się w czasie gotowania makaronu.
Nastawiamy wodę na makaron (duuużo wody) i kroimy boczek w słupki. Wrzucamy boczek na zimną patelnię , włączamy mały gaz i dajemy mu się wytopić i zrumienić - ewentualnie można dodać troszkę oleju. Do miseczki wbijamy żółtka (białka można zamrozić, by potem zrobić z nich tort Pavlovej - w zamrażalniku trzymamy max 3 miesiące), dajemy chlust śmietanki - tyle, żeby przykryła żółtka - i starty ser, mieszamy, doprawiamy solą i pieprzem, pieprzu dajemy dość sporo.
W tym czasie powinna się zagotować woda na makaron, więc solimy ją dość hojnie i wrzucamy spaghetti - gotujemy al dente, zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Teraz nie pozostaje nic innego jak mieszać skwierczący boczek i czekać na makaron. Jak makaron dojdzie, bierzemy filiżankę i odlewamy w nią trochę wody z gotowania. Makaron odcedzamy, wrzucamy na patelnię z boczkiem, mieszamy, wrzucamy całość do ciepłego jeszcze garnka, wlewamy sos jajeczno-śmietanowo-serowy i mieszamy dość energicznie. Można garnek postawić na malutkim gazie, ale wtedy trzeba jeszcze bardziej uważać, by jajko się nie ścięło - to ma być sos, nie jajecznica. Jeżeli danie wyda nam się za gęste - rozrzedzamy je zostawioną wodą z gotowania makaronu. Nakładamy na talerze, posypujemy natką, ewentualnie pieprzem i jemy.
Buon appetito!

niedziela, 6 listopada 2011

Tarta zmęczonej

Pomysł na tartę (a właściwie to quiche, ale to takie skomplikowane słowo) powstał, gdy dostaliśmy od mojego brata oscypka. Leżał on sobie w tej owej lodówce, leżał i brak było pomysłu, co z niego zrobić, choć Teżet, zaiste, wyrażał chęć pożarcia od razu, w kostkę pokrojonego (nie dałam). A ponieważ ostatnio będąc w Ikea kupiłam formę do tart z wyjmowanym dnem (wynalazek stulecia), to padło, że się tartę zrobi.

Minęło parę dni...

W końcu, przy okazji większych jedzeniowych zakupów, gdy już MUSIAŁAM usiąść i wymyślić obiady na następny tydzień (co wymaga przeglądania sterty książek kucharskich i molestowania Google'a głupimi pytaniami), z rozpędu, zainspirowana czymś, co mi mignęło w sieci, zapisałam na kartce parę składników i oto dzisiaj, po całym dniu mycia ogromnego okna balkonowego (a mieszkamy tylko przy najruchliwszej ulicy w mieście Łodzi) i jechania na koniec świata do galerii handlowej, po godzinie 18:00 wzięłam się za robienie tarty. Pardon, wzięliśmy się - Teżet pomagał.

Tarta z oscypkiem i warzywami zmęczonej Asty
cztery człowieki powinny się najeść, a jak bardzo głodni, to dwóch

na ciasto:
150 g zimnego masła
200 g mąki
duża szczypta soli (dla geeków - 1/2 łyżeczki)
łyżka lodowatej wody

na farsz:
żółta papryka pokrojona w okrągłe plastry
cukinia pokrojona w cienkie plasterki
czerwona cebula takoż w plastrach okrągłych
parę plastrów oscypka
parę plastrów sera brie
tymianek suszony lub świeży

na zalewę vel sos:
ok. 300 ml śmietany
3 jajka
sól, pieprz, gałka muszkatałowa

Przygotowanie jest kilkustopniowe. Najpierw klasyka ciasta kruchego - zimne masło siekamy (lub rozcieramy w dłoniach, ja tak robię, bo zagniatam w misce) z mąką, aż będzie miało formę kruszonki, dodajemy łyżkę lodowatej wody, szybko zagniatamy, formujemy w kulę i chowamy do lodówki na co najmniej 1/2 h.

W tym czasie kroimy na plasterki to, co winno być pokrojone i mieszamy w dzbanku składniki śmietanowo-jajecznego sosu.

Ciasto rozwałkowujemy aż będzie po 5 cm a każdej strony większe od formy do tarty, sprytnie przenosimy je do formy (sprytnie, czyli nawijając na wałek), dociskamy dno i brzegi, odcinamy nadmiar, jak wystaje poza naczynie. Dziabiemy w kilkunastu miejscach widelcem i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 st. na koło 10 minut (jak macie suchą fasolę, można ciasto przykryć pergaminem i wysypać ową fasolą - żeby nam nie urosło). Po tym czasie wyjmujemy ciasto i układamy warstwy, warstwy - najpierw cukinia, potem papryka, cebula, oscypek i brie. Zalewamy wszystko sosem, posypujemy tymiankiem (wg smaku - ja tam lubię dużo) i tarta wraca do pieca na kolejne 40 minut (tyle to trwa w moim mało wymyślnym gazowym piekarniku - w tych z termoobiegiem lub grzaniem góra-dół, myślę, że będzie się szybciej piekła - koło 20-25 minut). Smacznego.





piątek, 4 listopada 2011

Łosoś razy dwa

Jestem beznadziejnie uzależniona od wędzonego łososia. Oczywiście, mój plebejski język i podniebienie nie odróżniają szkockiego od norweskiego czy jeszcze innego, a zasada, którą kieruję się przy kupowaniu jest jedna i brzmi: "byle bez dodatków". Poza tym jest mi obojętne (co jest pewne złe i okropne i bardzo mało ekologiczne i empatyczne, jeżeli weźmiemy pod uwagę np. miejsce odłowu/hodowli), jakiej firmy łososia nabywam. Byle był. Ostatnio kupujemy np. łososia sałatkowego w Almie, na wagę. I jest pyszny. 

Dzisiaj dwa przepisy, które są jednymi ze stałych pozycji imprezowych - sałatka z łososiem, która jest wariacją na temat sałatki norweskiej w Solo Pizza oraz zawijasy z tortilli z ogórkiem. Sałatka jest pyszna i sycąca - czasami (jak dzisiaj) robię ją jako obiad - doskonale się sprawdza latem, gdy na myśl o gorącym obiedzie robi się nam słabo. Zawijasy są mocno jeszczetrochowe i zawsze jest ich za mało. ;-)


Sałatka norweska a la Astarael
ilość w sam raz na imprezę w ramach przystawki lub na porcje obiadowe dla 4 głodnych ludzi


300 gram wędzonego łososia sałatkowego
około kilogram ziemniaków, pokrojonych w kostkę i ugotowanych, ostudzonych
jedna główka sałaty lodowej
pęczek koperku (mówię o rynkowym pęczku, nie hipermarketowym - takich hipermarketowych to ze trzy)

1/4 szklanki oleju z pestek winogron
dwie łyżki soku z limonki (ja mam zawsze w lodówce "plastikową limonkę", czyli sok z limonki w buteleczce)
1 i 1/2 łyżeczki musztardy (dowolnej - ja używam sarepskiej, bo nie lubię całych ziaren gorczycy)
pieprz do smaku

Sałatę lodową kroimy w kwadraty, wycinając głąb po drodze. Koperek dość drobno siekamy i wrzucamy do sałaty, mieszamy (najlepiej rękami, byle czystymi). Dorzucamy wędzonego łososia i ziemniaki. Robimy sos: do oleju wlewamy sok z limonki, dodajemy musztardy i pieprzu (soli nie, bo łosoś jest wystarczająco słony) i ukręcamy na emulsję (można to zrobić w zakręcanym słoiczku - wystarczy potrząsnąć). Zalewamy sosem sałatkę i gotowe. Najlepsza jest, jak trochę odstoi w lodówce. 




Roladki imprezowe z łososiem


200 gram wędzonego łososia w płatach
dwa ogórki, wypestkowane i pocięte na słupki
1/2 główki sałaty lodowej, drobno posiekanej w paseczki
majonez
4 pszenne tortille


Zasada jest prosta - smarujemy tortillę łyżką majonezu, na tym układamy plaster łososia, ze dwa/trzy słupki ogórka, trochę sałaty i mocno dociskając zawijamy, uważając, by się nie wysypało ze środka. Każdą tortillę kroimy na 4-5 koreczków, przebijamy każdy wykałaczką, by się nie rozlazły. Układamy na talerzu i czekamy na jęk gości, że "już się skończyły, tak szybko!..." ;)

piątek, 7 października 2011

Rekonstruowana zupa z czerwonej soczewicy

Czemu rekonstruowana? Gdyż mam zwyczaj gotować mieszając ze sobą wiele przepisów wynalezionych w różnych miejscach. Z tego przepisu podoba mi się to, z tamtego tamto, robię połączenie - i zwykle wychodzi coś smacznego i jednocześnie "mojego". Dzisiaj przepis na zupę-krem z czerwonej soczewicy, pachnącą kminem rzymskim.

1 cebula
2 marchewki
szklanka* czerwonej soczewicy
1,5 l bulionu lub wody
1 łyżka koncentratu pomidorowego
1/2 łyżeczki kurkumy
2 łyżeczki kminu rzymskiego lub garam masali
sól, pieprz
oliwa

Do garnka wlewamy 3-4 łyżki oliwy, dodajemy posiekana cebulę, solimy i podduszamy nieco. Gdy się dusi (trzeba uważać, by się nie przypaliła) obieramy marchewkę i kroimy na dość grube półplasterki. Do cebuli dodajemy kurkumę, dwie czubate łyżki kminu rzymskiego (kuminu) i koncentrat, przesmażamy. Dodajemy marchewkę, zalewamy bulionem lub wodą. Po doprowadzeniu do wrzenia wsypujemy soczewicę, zmniejszamy gaz, gotujemy aż marchewka będzie miękka. Gdy marchewka zmięknie, miksujemy całość blenderem i podajemy :-) Dobrze smakuje z czosnkowymi grzankami lub z ryżem. Jest bardzo sycąca. 

Smacznego.

*pisząc "szklanka" mam na myśli taką o pojemności 250 ml.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Różowe curry rybne

czyli przemieniony miejscami przepis Nigelli. W oryginalnym przepisie należy użyć właściwej pasty z owoców z tamaryndowca, która w okolicznych sklepach była nie do dostania, więc poszłam na kompromis i użyłam pasty Tandoori, którą znalazłam w Almie. Może kiedyś kupię oryginalną pastę w internecie, ale znacie moje lenistwo ;) Innym przejawem owego jest korzystanie z bulionu w kostkach, nawet nie ekologicznego, tylko normalnego, Winiary. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że to jedyny produkt gotowy z glutaminianem, jaki stosuję w kuchni. Jak bardzo Wam się chce możecie oczywiście robić hurtowe ilości bulionu i potem go mrozić. Jeśli tylko macie czas i ochotę.


Różowe curry rybne
3-4 cebule pokrojone w piórka
trochę startego imbiru
2 łyżeczki kminu rzymskiego
łyżeczka kurkumy plus jeszcze łyżeczka do posypania ryby
1/2 łyżeczki słodkiej papryki
drobno pokrojona czerwona papryczka chilli, bez pestek (jak kto chce bardzo ostro, to z pestkami - ja teraz robię zupełnie bez ostrych przypraw, bo mój żołądek je znielubił)
2 łyżki pasty tamaryndowo-imbirowej pasty Patak's Tandoori Paste Mild
puszka mleka kokosowego lub kubeczek naturalnego jogurtu
tyle bulionu, by po dodaniu mleka kokosowego i pasty był litr płynu
olej
sól, pieprz

około pół kilograma białej ryby o zwartym mięsie (np. tilapia się nadaje), pokrojonej w kostkę i posypanej kurkumą (może być też 25 dag ryby i 25 dag krewetek)

To jednogarnkowiec, wszystko gotujemy w głębszym rondlu albo w garnku. 
Do garnka wlewamy olej, wrzucamy cebulę, solimy ją, mieszamy i dopiero włączamy gaz. W ten sposób są marne szanse na przypalenie cebuli. Po chwili dodajemy do cebuli przyprawy (imbir, kmin, kurkumę, paprykę słodką i chilli). Mieszamy, przykrywamy i niech się dusi, aż cebula zmięknie. Do litrowego dzbanka wlewamy mleko kokosowe, dodajemy pastę z tamaryndowcem i dolewamy tyle wrzątku z czajnika, by był litr płynu. Wrzucamy kostkę rosołową i mieszamy aż się rozpuści. Wlewamy taką miksturę do cudnie pachnącej cebuli, mieszamy i zostawiamy do zagotowania.* Po zagotowaniu się płynu wrzucamy rybę i gotujemy jeszcze dosłownie 4-5 minut, aż ryba dojdzie. Gotowe danie można posypać nacią kolendry. 

Podajemy z ryżem gotowanym z łyżeczką kurkumy albo szafranem.

*Na tym etapie możemy po zagotowaniu płynu odstawić garnek na bok (jak na przykład goście się spóźniają lub robimy obiad wcześniej), gdyż ryba gotuje się błyskawicznie i trzeba ją od razu podawać.


niedziela, 14 sierpnia 2011

Obiad taki, by kuchni nie ubrudzić zbytnio

Jak lubię gotować, tak sprzątać kuchni nie znoszę. Głównie dlatego, że jak jest wysprzątana na błysk, to ma się skrupuły, by zacząć brudzić ;-) Dlatego dzisiaj gotuję lekko łatwo i przyjemnie. Mam zamiar upaprać tak mało rzeczy, jak się da. Dlatego dziś na obiad brokuły z sosem czosnkowym i filet z kurczaka z kieszonką, do której napakuję sera z niebieską pleśnią i bazylię z krzaczka.

Najbanalniejszy sos czosnkowy
opakowanie jogurtu greckiego (dzisiaj typ light, gdyż albowiem odchudzać się usiłujemy, kehem)
łyżka majonezu (dzisiaj pominiemy, też jest dobre)
ząbek czosnku starty na drobnej tarce (albo i dwa)
sól i pieprz do smaku

Wymieszać wszystko, zostawić na pół godziny. Jeść z ugotowanym na półtwardo brokułem (wersja dietetyczna) lub z chipsami. Albo wręcz łyżką z miski. ;-)

 Filet z kurczaka z kieszonką
dwa filety z kurczaka
ser z niebieską pleśnią (my mamy Lazur)
bazylia świeża - garść
ząbek czosnku

W filetach wycinamy sporą kieszonkę w połowie grubości. (trzeba uważać, by nie przeciąć na wylot). Bazylię siekamy, czosnek miażdżymy płaską stroną noża i siekamy na drobniutko, ser rozkruszamy. Mieszamy wszystko razem (ser skleja całość), nakładamy do kieszonki, zamykamy kieszonkę wykałaczką. Smażymy po 5-7 minut z każdej strony na rozgrzanej patelni grillowej.

Prognozuję, że dzisiejszy obiad będzie gotowy w mniej niż 20 minut i ubrudzę deskę, jeden garnek, patelnię, miskę i dwa talerze.